niedziela, 6 grudnia 2015

rozdział siódmy




Drugi dzień poszukiwań, ani śladu po Nathanie. Policja wzięła się za poszukiwania od razu po zgłoszeniu, co jest w tym wszystkim jedynym plusem.
- Hailey - szepnął Justin, siadając obok mnie na kanapie. Złapał moją dłoń pod kocem i zaczął ją delikatnie gładzić - zjesz ze mną kolacje?
Jedyną odpowiedz jaką dostał to przeczenie głową. Nie miałam ochoty rozmawiać, a raczej nie mogłam. Każde wypowiedziane słowo sprawiało, że płakałam od początku i ze zdwojoną siła. 
- Proszę cię, odpowiedz mi, rozmawiaj ze mną. Nie możesz się znowu w sobie zamykać, to nie jest twoja wina, to nie jest też wina Lisy. To nie jest wina nikogo z nas, obiecuje ci, że znajdą go szybciej niż możesz się tego spodziewać, a tym, którzy to zrobili, sam osobiście się odpłacę.
- Obiecujesz, tak? - uniosłam wzrok na blondyna. Chciałam to usłyszeć od niego. Jemu ufam i jemu wierze.
- Obiecuje, maleńka. Będzie dobrze, wiesz o tym? - objął mnie ramieniem i przytulił do swojego torsu. Ułożyłam głowę na jego ramieniu, powieki same zaczęły mi opadać.
- Chce w to wierzyć.


***


W środku nocy obudził mnie Justin, chodzący po salonie. Spojrzałam na niego zaspana, nie zauważył, że nie śpię. Usiadł na jednym z większych foteli i rozłożył laptopa na szklanym stole. Co chwilę marszczył brwi na przemian z nosem. 
- Cholera - syknął cicho. Odchylił sobie dalej ekran laptopa i wyjął telefon, który odblokował. Chwilę później wpisał coś do niego. Przyglądał się w wyświetlacz jednego z najnowszych telefonów marki Apple jeszcze przez kilka sekund. W końcu dołożył go do ucha. Wstał, podszedł do okna i oparł się o parapet.
- Doktor Mryns? Tu Bieber. Przepraszam, że dzwonię w środku nocy, ale potrzebuje pomocy. 
Usłyszałam już tylko cichy szmer z telefonu i po odwroceniu się na drugą stronę, usunęłam ponownie.
- Nie, nie mam na myśli narkotyków, chodzi o pewną dziewczynę, którą niedawno poznałem...


*** 


Wiecie jak się czułam gdy dowiedziałam się o porwaniu Nathana? Można to porównać do śmierci kogoś wam bardzo bliskiego. Mimo, że nie mam pewności czy Nathan nie żyje, tak się czułam. Czułam jakbym straciła kogoś mi bliskiego już na zawsze i to w pewnej części była prawda. Straciłam go, może nie na zawsze, a może już go nigdy nie zobaczę i to bolało najbardziej. Nie byłam pewna co się z nim dzieję w tej chwili. Czy płacze, czy się śmieje, czy oddycha, czy jest głodny, czy w ogóle jeszcze jest na tym świecie. Moje małe serduszko, moje  maleństwo, moje słoneczko, które oświetlało mi codzienną drogę nagle zniknęło. Zabrali mi jedyna osobę którą kocham i dla której odważyłam się dalej żyć. Dla której miałam się nie poddać i walczyć dalej mimo wszystkich przeciwności. A teraz, gdy go nie ma obok, nie czuje potrzeby życia. Niby ludzie nie potrafią żyć bez powietrza, bez jedzenia, a gdy maja to wszystko są w stanie przeżyć tyle ile Bóg dla nich przewidział, ale to nie prawda. Mając obok inne osoby, inne rzeczy, uzależniamy się od nich i nie wyobrażamy sobie bez nich życia. Inni nie przeżyją bez narkotyków, bez alkoholu, fajek czy seksu. Ja jednak nie przeżyje bez Nathana. Nie widząc sensu życia, każdy by się poddał, mimo, że życie to najdłuższa rzecz jaką mamy.


***


Kolejny dzień nigdzie nie wychodzę, nie wstaję często z kanapy, która ostatnio stała się najwygodniejszym miejscem w naszym apartamencie. Nie liczę dni od porwania, nie jem, wstaje tylko do łazienki. Justin codziennie siada obok mnie i mówi do mnie. Próbuje mnie pocieszyć, ale ja słyszę tylko co drugie, piąte, dziesiąte słowo, ale on się nie poddaje, mówi dalej, chce żebym z nim rozmawiała, nie potrafię. Opieram głowę o jego ramie i słucham, a później zasypiam. Codzienna rutyna.

Justin usiadł obok, z uśmiechem na twarzy. Spojrzałam mu w oczy marszcząc przy tym brwi.
- Znaleźli Nathana, uśmiechnij się - objął dłońmi moja twarz. Oparł swoje czoło o moje, rozchyliłam delikatnie wargi przyglądając mu się, a sekundę później do oczu napłynęły mi łzy. Bez słowa zarzuciłam ręce na jego szyję. Schowałam w zagłębieniu jego szyi twarz i rozpłakałam się jak małe dziecko, jak Nathan. Poczułam dłonie obejmujące moją talie, a chwile potem znalazłam się na kolanach Justina.
- Spokojnie - zaśmiał się. Włożył dłoń pod moja koszulkę, na plecy i zaczął kreślić opuszkami palców różnego rodzaju wzorki. Uspokajało. - nie chcesz się z nim zobaczyć? 
Na te słowa automatycznie się odsunełam. Wstałam z jego kolan i poprawilam za dużą koszulkę.
- Gdzie on jest? - wytarlam policzki i odwróciłam się w stronę wejścia, na które wskazał Justin. 
Na rękach jednego z policjantów, leżał spokojnie chłopiec, rozglądając się. Od razu do niego podeszłam. Wzięłam z rąk - jak wskazywała mała tabliczka na jego piersi - Roba, Nathana. Moje całe życie. Moje słoneczko znowu było bezpieczne. Przytulilam go i znowu wybuchłam płaczem, tym razem głośniejszym, tym razem płaczem spowodowanym szczęściem. Tuliłam go do swojej piersi kilka sekund, minut, może godzinę. Nawet nie zaczęłam liczyć. Nic innego nie było w tym momencie tak ważne, jak on. Jak to, że mój synek jest cały i zdrowy, i w moich ramionach.


***


- Nathan usunął.
- To zapraszam - Justin poklepał miejsce obok siebie na łóżku.
Podeszłam i usiadłam przy nim, zdejmujac ręcznik z mokrych włosów. Po chwili ułożyłam sie obok na plecach, patrząc w sufit. 
- Dziękuję - spojrzałam w oczy blondyna, uśmiechając się. 
- Nie masz za co - wzruszył ramionami. Położył się na boku, przodem do mnie. - chociaż... masz i wiesz jak się możesz odwdzięczyć? Uśmiechaj się częściej. Znacznie częściej bo twój uśmiech jest wart milion dolców.
Uniosłam brwi i usmiechnełam się szeroko, szczerze. Pierwszy raz od kilku dni.
- Jesteś naprawdę szalony, ale to mi się podoba.
- W takim razie możesz mnie równie dobrze pocałować - zagryzł powoli wargę, dobrze wiedząc, że tam zawiesiłam swój wzrok. - przyjemne z pożytecznym.
Wiedziałam co zrobię i nie zastanawiałam się nad tym dłużej. Pchnęłam go na plecy, przełożyłam jedna noge przez jego uda i wbiłam się w jego wargi, wplatajac palce w jego włosy. Jego jedna dłoń znalazła się pod moja koszulka, na biodrze, a druga na plecach przez co po chwili ja wylądowałam pod nim. Nie przerwaliśmy pocałunku choć na chwilę.
- Naprawdę jesteś szalony - wymamrotałam ze śmiechem w jego wargi.
- Ty również, Baldwin. Mieszanka wybuchowa. - skomentował i ponownie musnął delikatnie moje wargi by po chwili zaatakować je z większą agresywnością i namiętnością.